Matematyka jest tamowaniem nieskończoności i sytuowaniem się na jej drodze.
Jest niewyczerpanym źródłem natchnień.

Rzecz w tym, że kobiety barbarzyńców odsłoniły przed marynarzami tatuaże zdobiące łona i pośladki wyłącznie po to, by udowodnić, że... można z nimi bezpiecznie prowadzić rozmowę. Tahitanki wierzyły, że tatau  z a m y k a j ą  c z ł o w i e k a, czyniąc go odpornym na choroby i kalectwo, że zdobyte w bólu, znaczą jedynie ludzi odpowiedzialnych i dojrzałych. Tymczasem załoga wyposzczonych wilków morskich z barku Endavour zrozumiała, że w błogosławionym roku pańskim 1769. trafiła do marynarskiego raju. Cóż, trudno nazwać to zdarzenie ,,drobnym nieporozumieniem''; raczej był to kosmos, przepaść, która dzieli cywilizacje, odchłań, z której wynurzyła się później ,,europejska'' historia Polinezji.

 

Nicholas Thomas w Odkryciach dokumentuje trzy monumentalne wyprawy kpt. Jamesa Cooka (1768-71; 1772-75; 1776-79). W tej książce - pisze Thomas - stawiam sobie za cel wykroczenie poza fałszywe pewniki gloryfikujących biografii odkrywcy, wykorzystując obszerne dzienniki podróży i ilustracje, pełne intrygujących rewizji, przemilczeń, zniekształceń, nagięć i przypadków drobnego tuszowania. I rzeczywiście autor pokazuje pazur weredyka. Każe nam wątpić w ustalone role barbarzyńców i odkrywców, wykłada rację Maorysów, którzy w Zatoce Traw zjedli trzech brytyjskich oficerów, wyjaśnia fale agresji i przyjaźni oraz migrację plag wenerycznych na styku cywilizacji.

 

Niestety, a niestety, bo pragnąłbym inaczej, lektura fascynuje tylko u progu egzotycznej wyprawy. Potem tekst zwalnia. Tak drobiazgowo i rzetelnie relacjonuje się tu bliźniaczo do siebie podobne zawinięcia do portu i ,"odwinięcia"  w pełne morze, że Odkrycia stają się jałową instrukcją obsługi własnej (potężnej!) bibliografii. Książka Thomasa, sześciusetstronicowa, eksponująca słabej jakości ilustracje, będąca i morską opowieścią, i traktatem antropologicznym, męczy. Mimo to z przyjemnością wypisuję sobie z tekstu kilkanaście słów polinezyjskich, których pochodne służą dziś polszczyźnie: tabu, tatau, pina colada... Notuję również znalezioną między wierszami miłą mi prawdę o niepoznawalności przeszłości i przyszłości: Cook pozostanie nieświadomy przyszłych skutków swych odkryć; Thomas, choć najrzetelniejszy, nie odtworzy przeszłości. Przeciwstawić się takiej bezczelności formy czasu człowiek może tylko przyszłą lekturą dokumentów ,,z pierwszej ręki'': zacząłbym od Życia seksualnego dzikich B. Malinowskiego, równocześnie planując liryczny dziennik Noa noa P. Gauguina na wieczór.  Tę moją myślową migrację w kierunku klasyki inspirowaną Odkryciami bardzo sobie cenię.

 

Paweł WASZKIEWICZ

Recenzja: miesięcznik literacki "Lampa"

 

Nicholas Thomas Odkrycia. Podróże kapitana Cooka.
tłum. Janusz Szczepański
Rebis, Poznań 2007

 

Według Davida Deutscha (Struktura rzeczywistości, Prószyński i S-ka 2006) najznakomitszą cechą naszego wszechświata jest istnienie i nieprzerwany wzrost wiedzy w czasie. Dlatego pogląd głoszący, że ludzkość jest przypadkowym odpadem – chemiczną szumowiną na rubieżach przeciętnej galaktyki – musi być fałszywy: prosta szumowina może ot, poruszyć nibynóżką, gdy tymczasem ja – homo sapiens sapiens – umiem napisać recenzję książki Deutscha.

 

Skoro nasza wiedza wzrasta, coraz lepiej wyjaśniamy świat.  Autor Struktury rzeczywistości imponuje erudycją: jest zapamiętałym epistemologiem-popperystą, mistrzem świata w mechanice kwantowej, gorącym poplecznikiem ewolucji Darwina-Dawkinsa i adwokatem obliczalności wg Turinga. W nowatorski sposób łączy przewidywania czterech obowiązujących, potężnych, niesfalsyfikowanych dotąd teorii, dzięki czemu idee prezentowane w książce są stylowe i nieco oszałamiające. Naprzód Deutsch robi porządki: miażdży indukcjonizm, pozytywizm, instrumentalizm, redukcjonizm, solipsyzm i matematyczny intuicjonizm. Potem przypomina, że upływ czasu, będącego jedynie efektem zakrzywienia przestrzeni przez wielkie masy, jest iluzją. (Dobrze nam tak.) W końcu z mocą dowodzi, że struktura rzeczywistości objawia się w nieskończonej mnogości wszechświatów istniejących równolegle do naszego. Brawo, nareszcie! Nigdy nie ufałem probabilistycznej (kopenhaskiej) interpretacji mechaniki kwantowej, nie wierzyłem, że Bóg chciałby grać w kości, skoro nawet my, maluczcy, wolimy Quake'a.

 

Przyjemna głębia argumentów Deutscha nie ustrzegła się kilku mielizn. Jest nią nadmiarowość, bo czy trzeba w jednym tomie dyskutować takie rozpiętości jak: wolna wola w multiwszechświecie, zmartwychwstanie, podróże w czasie, funkcję mózgu, misie koala  (autentyk) i ewolucję kosmitów? I gdzież są oryginalne ilustracje dociekań? Ledwie mamy żabę wypatrującą błysku latarki, Sokratesa, który nadal jest człowiekiem śmiertelnym; do znudzenia rzucamy monetą. W tekście jest też za mało oddechu (a między czcionkami światła): w nienagannie logicznej lecz zbyt skrupulatnej wyliczance można się łatwo zagubić i zanudzić. Język jest zatem słabą stroną książki, choć... raz na kilkaset multiwszechświatów trafi się Metafora. Moją ulubioną jest przypomnienie, że kalendarze są ukryte w gwiazdach (a nie na trzecim piętrze w Empiku). Albo, że wojna to skomplikowany ruch atomów na całej planecie. Gdyby taki kosmiczny dystans pojawiał się częściej, Struktura rzeczywistości byłaby tekstem znakomitym. 

 

Paweł Waszkiewicz

Recenzja: miesięcznik literacki "Lampa"

 

David Deutsch Struktura rzeczywistości
tłum. Jerzy Kowalski-Glikman
Prószyński i S-ka, Warszawa 2006

 

Zamknięty krąg Jonathana Coe leży lubieżnie na półce mojej księgarni jak fałszywa wicemiss na sopockim molo. Przepasana szarfą-obwolutką reklamuje się jako: Znakomita, pełna humoru powieść o Anglii Tony'ego Blaira. Nie dajcie się nabrać! Noir sur Blanc potrafi wydać prozę genialną, jak choćby Dom nad Oniego Mariusza Wilka (tekst-dokument równy najlepszym obrazom-dokumentom Wernera Herzoga), ale tym razem ten sam miły format książki skrywa myśli pospolite, wtórne, fabułę oleistą, czyste nudności. Bohaterem Zamkniętego Kręgu - w którego znakomitą, pełną humoru atmosferę najwidoczniej nie zostałem termotransferowany - jest biomasa. Biomasa odżywia się znaczącymi wydarzeniami i uczuciami z przeszłości, o których czytelnik, nie znający poprzedniej powieści Coe pt. Rotters' Club, nie ma pojęcia. Biomasa jest w stanie rozpadu na postacie: Benjamina-pisarza, Paula-polityka, Claire-rozwódki, Douga-żurnalisty, Malviny-gotyckiej kochanki i w tym procesie indukuje pewne zjawisko literackie. Nie ma jednak mowy, aby owa libidialna energia uległa sublimacji w twórcze dążności. Jest tylko obce-intymne, przez co porażająco nudne, reality show. Gdyż u Coe Anglia Tony'ego Blaira ogranicza się do symbolicznych wydarzeń końca wieku: zamknięcia fabryki Rovera w Longbridge i ataku z jedenastego września oraz do kilku wycieczek skinheadów na porządnych obywateli. Suma zagrożeń animuje biomasę nerwowo i pobudza do wtórnych sądów na temat społeczeństwa brytyjskiego, kumulując się w nieśmiertelnej prawdzie: świat jest pojebany. Jonathan Coe – chwali się go na okładce – otrzymał kilka ważnych nagród literackich, nie muszę więc być litościwy. Powiem zatem, że nieuformowanie bohaterów i ubóstwo przekazu powieści to małe grzechy. Prawdziwie żenujący festiwal rozpoczyna się, gdy kończy się nieumiarkowany suspens fabularny, suspens średniowieczny, oblężniczy, ba! suspens e-wo-lu-cyj-ny, taki że otoczaki stygną w kredę. W ostatniej części powieści Coe wplata w tekst serię swych wierszy... niestety – moim zdaniem – nieudanych. Nie oszczędzę Was, czytelnicy Lampy, oto poem ot, o wesołej recepcjonistce:

 

Zapomniałem oddać klucz, który trzymałem w kieszeni spodni / Hm. Groucho Marx, Stan Laurel i Buster Keaton, / Wykonujący razem najbardziej popisowy numer / W jeden tylko wieczór, / Nie wywołaliby takiego wrażenia, / Śmiała się i śmiała. / Śmiała, śmiała, śmiała, śmiała. / Śmiała, śmiała, śmiała.[...] / A mówi się, że Niemcy nie mają poczucia humoru.

 

A mają? Zgłupiałem, nie wiem.

 

Paweł WASZKIEWICZ

Recenzja: miesięcznik literacki "Lampa"

 

Jonathan Coe Zamknięty krąg.

tłum. Robert Sudół

Noir sur Blanc, Warszawa 2007